Książki

Przepis na powieść sensacyjną à la Ken Follett

zabójcza pamięć

„Zabójcza pamięć” to historia dosyć oklepana – tak mogliby stwierdzić fani „Tożsamości Bourne’a” Roberta Ludluma. Cóż, ja akurat fanką tej ostatniej powieści nie zostałam, nie udało mi się przebrnąć przez początkowe rozdziały i z żalem odłożyłam ją na półkę, gdzie czeka na swoją drugą szansę. Może otrzyma ją w te wakacje, kto wie? Nie o Robercie Ludlumie jednak będzie dziś mowa, a o jego koledze po fachu, którego książki zbierają do kolekcji moi rodzice.

Tym razem wybrałam powieść, którą mama i tata polecali najbardziej. Nie byłam do końca przekonana (to wszystko wina Ludluma), ale ostatnio mam do czytania bardzo dużo motywacji i nie odkładam książek na półkę, nawet jeśli bardzo mi się nie podobają. Zaryzykowałam, bo przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Spakowałam „Zabójczą pamięć” Kena Folletta do torby podróżnej i wróciłam z nią do Warszawy.

Za czytanie zabrałam się dosyć szybko, bo byłam bardzo ciekawa, czy tym razem spodoba mi się zamysł autora. Ci, którzy czytali „Tożsamość Bourne’a” domyślają się pewnie, na czym oparta jest fabuła. Dla tych, którzy nie czytali nigdy jednej z najbardziej znanych powieści Ludluma, krótko o niej opowiem. Główny bohater – Luke, budzi się w publicznej toalecie w towarzystwie bezdomnego, który wydaje się go znać. Zresztą sam Luke ma na sobie zniszczone ubranie i wygląda na to, że również nie ma dachu nad głową. Bardziej martwi go jednak inna kwestia – nie pamięta żadnego zdarzenia ze swojego życia, nie wie kim jest i w jaki sposób doprowadził się do takiego stanu. Wiele wskazuje na to, że ktoś pomógł mu w utracie pamięci.

Szpiegowski klimat to coś, co najbardziej cenię w tego typu powieściach. Agentów CIA jest tu co nie miara i choć akcja toczy się dość powoli, fabuła jest na tyle interesująca, że nie byłam w stanie oderwać się od lektury. Bardzo podobała mi się struktura powieści (wspominałam już o tym przy okazji recenzji „Zamieci”) – na początku każdego rozdziału dowiadujemy się, o której godzinie rozpoczyna się akcja, dzięki czemu łatwo nam zachować chronologię i nie musimy zastanawiać się, czy niektóre rzeczy nie dzieją się jednocześnie.

Czy wspominałam już, że uwielbiam retrospekcje? Jeśli nie, to już wiecie i domyślacie się zapewne, że w tej powieści znaleźć ich można całkiem sporo. Akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ale grupa bohaterów zna się jeszcze z czasu, gdy w latach czterdziestych byli studentami, których zaskoczyła II wojna światowa. Często wracamy więc do wydarzeń z czasu ich młodości, odkrywając przeszłość głównego bohatera, której on sam nie pamięta.

Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy, którą cenię w powieściach tego typu. Lubię to, że są osadzone w konkretnym czasie. W tym wypadku tłem historycznym jest Zimna Wojna, a konkretnie początek wyścigu o panowanie w kosmosie i amerykańska próba wysłania w orbitę okołoziemską sztucznego satelity. Na szczęście Follett oszczędził czytelnikom zbyt wielu szczegółów technicznych, więc powieść czytało się lekko i przyjemnie. Ja osobiście niezbyt wiele rozumiem z profesjonalnych opisów, które wyglądają, jakby były przeznaczone dla inżynierów, więc dla mnie to duża zaleta.

Zapomniałam się w tej książce. „Zabójcza pamięć”, gdy tylko brałam ją do ręki, wywoływała u mnie chwilową amnezję, która mijała dopiero wówczas, gdy z żalem musiałam ją odłożyć, bo tramwaj zatrzymał się już na moim przystanku lub zegarek wybił już północ i zostało mi tylko pięć godzin snu. Z perspektywy czasu wiem, że warto było przez kilka dni się nie wysypiać. Follettowi się nie odmawia. 🙂