Książki

Ślepnąc od świateł w brudnej do szpiku kości Warszawie

ślepnąc od świateł

Na „Ślepnąc od świateł” miałam chrapkę od bardzo dawna. Uwielbiam twórczość Jakuba Żulczyka – za przyziemność, brak lukru i poruszające rozważania, które utkane są z słów pozornie zwykłych, a jednak gdy zostają ze sobą połączone, oddziałują na wyobraźnię i emocje. Czasem wydaje mi się, że tylko Żulczyk tak potrafi. Uwielbiałam kiedyś czytać jego krótkie teksty w jednym z tygodników opinii, oglądałam program, który współprowadził z Sokołem, aż wreszcie sięgnęłam po pierwszą powieść – „Zrób mi jakąś krzywdę”. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki.

„Ślepnąc od świateł” jest jednak zupełnie inne niż debiutancka powieść Żulczyka. Głównym bohaterem książki jest Jacek – „słoik”, który przyjechał do Warszawy, by studiować na ASP, ale jego życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż planował i został dilerem kokainy. Nocą pracuje, śpi w dzień, a gdy go poznajemy, tej drugiej możliwości zostaje pozbawiony. W jego perfekcyjnym świecie dilera, w którym nikt nie zna jego adresu ani nazwiska, a wszystko, co posiada, na papierze nie należy do niego, pojawia się pewien zgrzyt. Jacek ceni sobie stabilizację i wszystko jest w jego pracy rutynowe aż do bólu. Kiedy więc jeden jedyny raz decyduje się zrezygnować z tej rutyny, wszystko zaczyna rozsypywać się jak domek z kart.

Fabuła nie jest specjalnie rozbudowana, ale nie o nią w „Ślepnąc od świateł” chodzi. Tutaj pierwsze skrzypce grają bohaterowie, a zwłaszcza bohater zbiorowy, czyli Warszawa – ciemna, brudna, pachnąca alkoholem, narkotykami, seksem i wymiocinami, brutalna i wulgarna. Pochłania ludzi bez reszty, wciąga ich coraz bardziej i bardziej w swoje odmęty, aż w końcu nie ma już ucieczki. Uwielbiam u Żulczyka tę mroczność, której tak wiele można odnaleźć w jego przedostatniej (chyba czas zakupić „Wzgórze psów”) powieści. Pod tym względem „Ślepnąc od świateł” przypomina mi „Zmorojewo” i Świątynię” – niematerialna czarna głębia bez kształtu osacza głównego bohatera, podobnie jak Zmorojewo próbuje osaczyć świat. Jest w tym zamyśle coś intrygującego i przygnębiającego.

Żulczyk w ogóle jest mistrzem w tworzeniu tego typu niepokojącej atmosfery. Wszystko jest tu odarte z wierzchniego okrycia, lepkie, nagie i wulgarne. Podobnie jest z językiem „Ślepnąc od świateł”. Żulczyk nie używa pięknych słów tylko po to, by podobały się czytelnikowi. Nazywa rzeczy po imieniu, często brutalnie, ale właśnie dzięki temu osiąga zamierzony efekt – jego powieść jest przyziemna i realistyczna do granic możliwości.

To, co najbardziej zafascynowało mnie w „Ślepnąc od świateł” to migawki z miejsc, w których pojawia się Jacek, by spotkać się ze swoimi klientami. I to właśnie oni są w tym wszystkim niezwykle interesujący. Widzimy różnych ludzi, o różnym statusie społecznym, w różnym wieku i w różnych miejscach. Niektórzy się bawią, niektórzy są zupełnie sami. Łączy ich jedno – kokaina. Żyją w świecie, którego większość z nas pewnie nie zna, a i oni sami niewiele z tego nocnego życia pamiętają.

I jeszcze kilka słów o Jacku. Trudno go nie lubić, choć jest dilerem kokainy. W pewnym momencie można się nawet zastanowić nad tym, czy rzeczywiście robi coś złego. Jeśli ktoś nie chce brać narkotyków, nie weźmie – proste. Czytając różne opinie zauważyłam, że część czytelników zarzuca Żulczykowi jakoby chciał wzbudzić w odbiorcach współczucie i zrozumienie wobec Jacka. Fakt, jego przemyślenia i rozważania to chyba najciekawsza część książki, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że główny bohater jest zbyt pewny siebie i tego, że jest w tym biznesie nieśmiertelny. A od tego już prosta droga do zagłady.

Jacek jest zamknięty w swojej skorupie. Nie wpuszcza tam nikogo, z nikim się nie przyjaźni, nikogo nie kocha, gardzi ludźmi, których napotyka na swojej drodze. Dlaczego? Być może z powodu strachu, że gdy pozwoli komuś przekroczyć tę granicę, okaże się, iż jest tym samym, co wszyscy ludzie, którymi gardzi – gnijącym, brudnym i chorym organem organizmu, który nazywamy Warszawą. Czy w Argentynie byłoby mu lepiej? Jacek żyje tylko zbliżającym się wyjazdem i perspektywą kojącego snu, którego tak bardzo potrzebuje. Ale czyż nie mógłby pójść spać w dowolnym mieście na świecie? Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Jacek nie chciał wyjechać, bo choć tak bardzo gardził ludźmi, będącymi organami stolicy, sam był jednym z nich.

Wbrew pozorom powieść czytało się dosyć szybko, jak całkiem dobry thriller. Nie przeszkadzało mi nagromadzenie wulgaryzmów, bo u Żulczyka zawsze jest tak, że każde słowo jest na swoim miejscu. Nie wiem, jak on to robi. „Ślepnąc od świateł” zostawiło mnie z głową pełną myśli, z pewnym niepokojem w sercu i z wielką ochotą na lekturę „Wzgórza psów”. Taką krzywdę swoimi książkami może mi Pan robić codziennie, Panie Jakubie.

  • Lubię takie miastowe, brudne klimaty. Wulgaryzmy też mi nie przeszkadzają. Jeśli są w dobrym tonie, tak jak mówisz, to już w ogóle. Chętnie kiedyś ją przeczytam. Choć sama okładka by mnie nie przekonała.

  • Aleksandra Bernatek

    Mogę się podpisać rękami i nogami pod Twoją recenzją 🙂 Cenię twórczość Żulczyka za to, że nie potrzebuje wydumanych metafor i górnolotnych słów, żeby stworzyć historię, która zostaje na długo z czytelnikiem. Podoba mi się też to, że nie cacka się z opisywanymi realiami, a w zasadzie trudno mi wyobrazić sobie opisy czy dialogi jego bohaterów bez wulgaryzmów. To by było po prostu sztuczne.
    Pozdrawiam,
    Przeliterowana

    • To, co książki Żulczyka robią z głową, jest nie do opisania, bo ja tej pory rozpamiętuję historię z „Ślepnąc od świateł”. Masz rację, gdyby w jego powieściach nie było wulgaryzmów, byłyby sztuczne i takie jakby… niepełne.

  • Muszę wreszcie sięgnąć po cokolwiek Żulczyka. Czaję się na jego twórczość od dłuższego czasu, ale zawsze jakoś mi nie po drodze. Twoja recenzja przekonała mnie, że rzeczywiście w końcu powinnam coś wypożyczyć czy kupić, bo wygląda na to, że jego powieści to naprawdę kawałek dobrej literatury. 🙂
    Podoba mi się, że zwróciłaś uwagę na miasto jako bohatera zbiorowego – podobny zabieg widać w „Wampirze” Reymonta, ale tam takim „bohaterem” jest Londyn – to daje naprawdę świetny efekt!

    • Ja ze swojej strony polecam także „Instytut”. Również jest mroczny, ale w nieco inny sposób, bo fabuła jest momentami trochę przerażająca, ale koniec końców wydaje mi się, że jest to nieco lżejszy klimat niż w „Ślepnąc od świateł”.

  • Marta

    Twórczość Żulczyka od dawna przewija się w moim otoczeniu. Co chwila widuję okładki jego książek bądź wzmianki o nich a mimo wszystko ciągle brakuje mi czasu by się z nimi zapoznać. Widzę, że jednak sporo mnie z tego powodu omija :/

    • To prawda. 🙂 Jeśli będziesz miała kiedyś czas, zapoznaj się z jego twórczością. Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu. 🙂