Książki

Dlaczego nie lubię Remigiusza Mroza? O „Behawioryście” i „Enklawie” słów kilka

remigiusz mróz

Do polskich twórców mam bardzo ograniczone zaufanie. Muzyki słucham niezbyt często, po książki też sięgam rzadko, mam kilku ulubionych artystów i pisarzy, którym jestem wierna. Od kiedy założyłam bloga i zaczęłam śledzić innych blogerów książkowych w mediach społecznościowych, zauważyłam, że wielką popularnością cieszy się Remigiusz Mróz. Miałam wrażenie, że informacje o nim są dosłownie wszędzie. Postanowiłam przekonać się, czy rzeczywiście ilość zachwytów nad jego powieściami jest wprost proporcjonalna do ich jakości, biorąc pod uwagę też częstotliwość ich wydawania. Na warsztat wzięłam dwie książki – kryminał pt. „Behawiorysta” oraz „Enklawę”, która została wydana pod pseudonimem Ove Løgmansbø.

Jak już wspominałam, martwiła mnie przede wszystkim częstotliwość, z jaką Remigiusz Mróz wydaje swoje książki. Od 2013 roku do teraz wydał ich łącznie dwadzieścia jeden a dla porównania mój ulubiony polski pisarz – Jakub Żulczyk, od 2006 roku wydał zaledwie sześć powieści. Pamiętam, jak z niecierpliwością czekałam na nowy album ukochanego zespołu, który ukazał się dopiero po pięciu latach od wydania ostatniego krążka. Miałam wówczas poczucie, że jest to dopracowana i dojrzała płyta. Nie potrafię uwierzyć, że powieści wydawane co trzy miesiące mogą być podobnie dopracowane. Pomyślałam jednak, że być może Remigiusz Mróz potrafi dokonać niemożliwego i dlatego rzesza czytelników w Polsce jest nim zachwycona. Z tytułu zapewne wywnioskowaliście, że w mojej opinii nie jest to prawda, Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, zapraszam do lektury. 🙂

Behawiorysta

Długo nie mogłam się zdecydować, jaką powieść przeczytać jako pierwszą. Nie miałam zamiaru sięgać po serię z Joanną Chyłką, bo niepohamowane salwy śmiechu wywołała u mnie informacja, że głównymi bohaterami tych książek są Chyłka i Zordon. Poza tym nie chciałam czytać trylogii, dlatego zdecydowałam się na wybór samodzielnej powieści. Padło na „Behawiorystę”, bo uznałam, że ze względu na moje wykształcenie będzie to idealna książka dla mnie.

Pomysł na fabułę był naprawdę dobry – zabarykadowany w przedszkolu zamachowiec nie stawia policji żadnych żądań. Przedstawia za to społeczeństwu dylemat moralny, którego tak właściwie nikt nigdy nie powinien rozważać. Widzowie jego strony internetowej mają bowiem możliwość zdecydowania, kogo zabije zamachowiec – jedno z dzieci czy przedszkolankę. W tym momencie jednak mój zachwyt się skończył. Szybko przekonałam się, że Remigiusz Mróz jest mistrzem psucia dobrych pomysłów. Akcja powieści toczy się niezwykle wolno i nie byłoby to oczywiście minusem, gdyby nie fakt, że w ogóle nie poznajemy bohaterów powieści. W moim odczuciu są oni kompletnie nijacy – nie pałałam do nich żadnymi uczuciami, nikogo nie polubiłam, nikogo nie znienawidziłam.

Najbardziej brakowało mi tego, co uwielbiam w powieściach tego typu – dobrze zarysowanego profilu psychologicznego złego bohatera, który wywoływałby dreszcze na plecach. Jak na dłoni widać, że Remigiusz Mróz nie przyswoił sobie tej umiejętności, postawił więc na alternatywny sposób wzbudzenia w czytelniku strachu. Cóż, opisy tortur dokonywanych na kilkuletnich dzieciach wzbudziły we mnie tylko zażenowanie. Nie pozbyłam się tego odczucia już do końca lektury. Potęgowały je nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, które miały znaczący wpływ na akcję. Przykładowo – osoba X używa w obecności osoby Y „raz czy dwa” pewnego regionalizmu, a później osoba Y używa tego słowa podczas spotkania z głównym bohaterem, który nagle doznaje olśnienia i przypomina sobie, że siedem lat wcześniej zamachowiec też użył tego słowa. Oczywiście w ten sposób osoba X pragnęła przekazać naszemu bohaterowi, że współpracuje z przestępcą. Dodam, że przez kilka lat informatykom nie udało się zamknąć strony internetowej zamachowca. Czarę goryczy dopełniło zakończenie powieści, na które autor kompletnie nie miał pomysłu. Bez wahania oceniłam zatem „Behawiorystę” jako najgorszą książkę w moim życiu, o czym kilka słów możecie przeczytać w poście na blogu Recenzje Kasi.

Enklawa

Po raz pierwszy usłyszałam o Ove Løgmansbø, gdy wiadomo już było, że to Remigiusz Mróz w przebraniu. Internet huczał, więc postanowiłam sprawdzić, o co chodzi. Najpierw chyba zobaczyłam okładki książek Løgmansbø i stwierdziłam, że nie dość, że nazwisko brzmi całkiem podobnie do Nesbø, to szaty graficzne książek obu panów są identyczne. Na tym jednak podobieństwa się nie kończą…

„Enklawa” jest pierwszą powieścią z trylogii, której akcja rozgrywa się na Wyspach Owczych. Jej głównym bohaterem jest Hallbjørn Olsen, który o dziwo zmaga się z tym samym uzależnieniem, co główny bohater książek Nesbø – Harry Hole. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie nastolatka, z Danii na pomoc przyjeżdża do Vestmanny, w której rozgrywa się akcja powieści, policjantka – Kathrine Ellengard. Kto pamięta, jak nazywała się policjantka, która została przeniesiona do Oslo w „Pierwszym śniegu” Nesbø? Tak, macie rację, Katrine Bratt. Zbieżność jest zapewne przypadkowa.

I tym razem powieść zapowiadała się ciekawie. I ponownie Mrozowi udało się sprawić, że szybko zmieniłam zdanie. Policjantka z Danii jest chyba najgorszym śledczym w historii literatury. Nigdy żaden przedstawiciel organów ścigania nie wzbudzał we mnie tak dużej irytacji. Dodajmy do tego jeszcze naszego głównego bohatera – alkoholika, który cierpi na zaniki pamięci i nie wie, co robił w czasie, gdy dokonano zbrodni. Oczywiście nie przeszkadza to wzorowej duńskiej policjantce w zaangażowaniu go w śledztwo. Ale czego mamy wymagać od kobiety, która najpierw aresztuje podejrzanego, a gdy z telefonu, który według niej znajduje się w rękach mordercy, otrzymuje smsa, że zamknęła niewinną osobę, bez wahania wypuszcza rzeczonego podejrzanego na wolność? Najlepiej chyba byłoby, gdyby zmieniła pracę, bo do ścigania przestępców się nie nadaje. Według mnie powinna znaleźć się w więzieniu za utrudnianie śledztwa i zacieranie śladów. Niestety, za każdym razem jej duński szef ratuje ją z opresji.

Udało mi się jednak dostrzec postęp w porównaniu do „Behawiorysty” – bohaterowie nie są już nijacy. Udało im się co prawda wywołać we mnie tylko negatywne emocje, ale lepsze to niż nic. W kwestii ostatnich stron powieści natomiast nie jest różowo. Powtarza się sytuacja znana z „Behawiorysty” – zakończenie jest wymuszone i można odnieść wrażenie, że autorowi zabrakło na nie pomysłu.

Dlaczego nie polubiłam Remigiusza Mroza?

Czytałam dosyć dużo dyskusji dotyczących szumu medialnego wokół informacji, że Ove Løgmansbø to tak naprawdę Remigiusz Mróz. Sam autor, jakby chciał na zapas obronić się przed zarzutami, napisał na swojej stronie internetowej:

 

Dlaczego zdecydowałem się na pseudonim?
Z tego samego powodu, dla którego Stephen King powołał niegdyś do życia Richarda Bachamana, a J. K. Rowling Roberta Galbraitha. Pewnie, każde z nas sprzedałoby dużo więcej pod własnym nazwiskiem, ale wszyscy chcieliśmy sprawdzić się jako nieznani autorzy, debiutanci.

 

Rozumiem doskonale intencje Mroza, ale nie potrafię uwierzyć w ich szczerość. Wszak pseudonimy Kinga i Rowling rzeczywiście dawały im możliwość bycia zupełnie anonimowymi osobami (przynajmniej do czasu ujawnienia ich prawdziwej tożsamości) i nie naśladowały nikogo innego. Wspominałam już o tym, że pseudonim wybrany przez Mroza i szata graficzna trylogii z Wysp Owczych przywołują skojarzenie z Nesbø. W mojej opinii celem tego zabiegu była możliwość stwierdzenia, że w przeciwieństwie do książki Rowling, powieści Mroza przed ujawnieniem, kto naprawdę jest ich autorem, sprzedawały się wyśmienicie.

Na powyższe stwierdzenie Remigiusz Mróz również przygotował argument:

 

Skąd pomysł na Ove Løgmansbø?
Podobne nazwisko wpadło mi w oko podczas przeglądania przepastnych zasobów internetu – może na jakimś forum, może na portalu społecznościowym, może w jakimś spisie powszechnym. Od razu skojarzyło mi się z Nesbø, ale odrzuciłem je jako zbyt podobne. Dopiero po czasie stwierdziłem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by właśnie z niego skorzystać – tak czy inaczej planowałem, że cały ten eksperyment będzie swoistym hołdem złożonym Jo Nesbø.

 

Myślę sobie, że najlepszym sposobem złożenia hołdu ulubionemu autorowi byłaby krótka dedykacja, poprzedzająca pierwszy rozdział (przykładowo – „W hołdzie Jo Nesbø”). Remigiusz Mróz uznał najwidoczniej, że lepszym rozwiązaniem będzie tani chwyt marketingowy w postaci wizualnego podobieństwa okładek do książek Jo Nesbø i napisanie powieści, której jego ulubiony autor nigdy by nie opublikował. Chyba, że chciałby spalić się ze wstydu.

Przykro mi to pisać, ale Remigiusz Mróz jest dla mnie raczej producentem książek, niż ich autorem. Talent bowiem powinno się pielęgnować, a nie rozmieniać na drobne, wydając nowe powieści co trzy miesiące. Z mojej perspektywy, jako czytelnika, nie ma piękniejszego uczucia niż nerwowe oczekiwanie na nową książkę ulubionego autora. Na tytuł pisarza trzeba sobie zasłużyć, a wpływ na to ma jedynie jakość napisanych powieści, a nie ich ilość.

Podobno Remigiusz Mróz jest jedną z tych osób, które albo się kocha, albo nienawidzi. Do której grupy Wy się zaliczacie? 🙂

  • Po Twoim poście zauważyłam, że Mróz ma jakąś niezdrową tendencję do alkoholików w swoich książkach. Ja mam do jego twórczości, w zależności od przeczytanej pozycji, różne odczucia. Co do zasady lubię jego styl pisania i kreowania rzeczywistości, jak również pomysły na fabułę. Mierzi mnie jednak takie… niedopracowanie pewnych kwestii, brak czasem logiki w akcji, traktowanie różnych kwestii po łebkach i wbrew przyjętym zasadom, a w podziękowaniach tłumaczenie się z tego. Czytam i oceniam, dość wymagająco, nie łykam wszystkiego bezkrytycznie (choć Behawiorysta przypadł mi do gustu, mimo kilku moich uwag). Właśnie skończyłam czytać Immunitet, wcześniej było W cieniu prawa – muszę odsapnąć od Mroza.
    Malwina

    • Mnie kusi trochę sięgnięcie po drugą cześć trylogii z Wysp Owczych, ale z drugiej strony znów będzie tam Kathrine, a pomagać jej będzie Olsen, który odwołał się od wyroku i ona znowu dopuści go do śledztwa…

  • Ula – Książkowe Powroty

    Ja nadal jestem w trzeciej grupie – w grupie osób, które Mroza nie czytały. 😀 Twoja recenzja tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze robię. Widziałam, że nowe książki pojawiają się często, ale że co 3 m-ce..? Bardzo spodobał mi się Twój styl pisania, tak że zostaję na dłużej! 😉

    • Po tych dwóch książkach Mroza muszę sobie zrobić chwilę oddechu od polskiej literatury. Do niedawna też byłam w tej trzeciej grupie i wzruszałam tylko ramionami, gdy widziałam wzmianki o jego książkach. Ale cóż, ciekawość wzięła górę. 😀
      Bardzo mi miło, zapraszam! <3

  • Ja osobiście nie czytałam, ale już widziałam gdzieś że Ci nie przypadł do gustu, więc wątpię by mi się spodobało. Ze śmiałością mogę Ci polecić fajny kryminał „Piaskun” …ja nie mogłam spać przez nią, przeczytałam w jedną noc.

  • No cóż, ja to raczej jakaś grupa po środku. 😉
    Bo tak jak pisała Malwina z Zakątka czytelniczego lubię styl kreowania rzeczywistości przez autora, powoduje to, że fajnie i przyjemnie „płynie się” przez książkę. Irytuje mnie zaś schematyczność, traktowanie niektórych zagadnień po łebkach, wciskane na siłę akcji czy sytuacji, które z książką nie mają nic wspólnego.

  • Cóż, mi przypadł „zaszczyt” znalezienia się w tej drugiej grupie – osób, które książek Remigiusza Mroza nienawidzą 🙂 Jego twórczość jest naprawdę okropna, kompletnie mnie do siebie nie przekonuje, daleko tym książkom do dobrych kryminałów. Pod postem Kasi na blogu kasia-recenzje-ksiazek napisałaś, że mogłabyś polecić jakiś dobry kryminał – bardzo chętnie zapiszę sobie Twoje propozycje, ze wstydem przyznaję, że trochę zaniedbałam czytanie tego gatunku (a już nie wspomnę o tym, kiedy ostatnio recenzowałam jakiś kryminał na blogu…), dlatego teraz szukam czegoś, co mnie wciągnie, zaskoczy i pozwoli na nowo zakochać się w kryminałach 🙂

    • Mogę Ci polecić dwóch autorów. Pierwszy z nich to Joe Alex – tak naprawdę Maciej Słomczyński, jedyna osoba na świecie, która przetłumaczyła wszystkie dzieła Szekspira. Pisał kryminały w podobnym stylu co Agatha Christie, a zatem takie klasyczne. Główny bohater ma trochę wybujałe ego, ale poza tym przyjemnie się czyta i trudno wydedukować, kto jest mordercą.
      Drugi autor to kobieta, a gatunek już nie do końca klasyczny, bo jest to po części thriller, a po części kryminał, z domieszką paranormalnych wątków. Autorka nazywa się Yrsa Sigurdardóttir. Cykl jej powieści, których główną bohaterką jest prawniczka Thora, a akcja rozgrywa się w Islandii.

  • Marzena Tobiasiewicz

    Ja czytałam dwie powieści pana Mroza: „W cieniu prawa” i „Behawiorystę”. O ile pierwsza nawet mi się bardzo podobała, to druga… masakra. Początek obiecujący, ale im dalej tym gorzej. Końcówka to dno kompletne niestety. Czasem się zastanawiam czy ten pan ma jakieś życie prywatne, bo częstotliwość wydawania jego powieści mnie zwyczajnie szokuje 😉 Mam wrażenie, że to takie pisanie na kolanie, a przez to nie bardzo mam ochotę sięgnąć po kolejne jego dzieła. Zdaję sobie sprawę, że jestem w mniejszości ze swoimi poglądami, ale cóż 😉

  • Remigiusza Mroza poznałam przy okazji lektury „Kasacji” (to znaczy poznałam twórczość, a nie jego osobiście). Książka mi się bardzo podobała, tak bardzo, że od razu poleciałam kupić następny tom. A w tym drugim już tak fajnie nie było… Doszłam do trzeciego (dobry), a potem dostałam od koleżanki czwarty i piąty. Piątego nawet nie zaczęłam. Wszystko na jedno kopyto, a główną atrakcją powieści stały się chamskie odzywki jeszcze bardziej chamskiej Chyłki.

    Behawiorystę przemilczę, trylogii o Wyspach Owczych nie czytałam. Odrzuca mnie ilość wydawanych przez pisarza książek – taka komercja, że aż boli w oczy.

    • Nie czytałam Chyłki i raczej nie będę miała okazji, bo nie mam zamiaru więcej sięgać po książki Mroza. Wystarczy, że w centrum Warszawy co i rusz natykam się na wielkie reklamy jego najnowszego dzieła. Co za dużo to niezdrowo. Ja tego nie kupuję.

  • Cpt

    Czytałem jedną książkę tego człowieka, „Świt, który nie nadejdzie”. Była super… a raczej byłaby, gdyby nie fakt, że nie ma zakończenia, urwana jest jakby bez epilogu/ostatniego rozdziału. Zamiast tego jest dziwaczne posłowie od autora, jakieś brednie o tym, że każdy musi stworzyć w głowie własne. Przepraszam, lubię otwarte zakończenia, ale to nie było jedno z nich. To było wyraźne przerwanie akcji w jej środku.

    • Zastanawiam się teraz, co gorsze – czy takie przerwanie akcji w środku, czy zakończenia, które Remigiusz Mróz tworzy.

  • Ja nie zaliczam się do żadnej. Lubię „Behawiorystę” mimo wad, które wymieniasz, nie przebrnęłam przez „Wotum nieufności”, o którym było też głośno. Zaczęłam serię o Chyłce i całkiem polubiłam się z bohaterami. Miałam mieszane uczucia co do pierwszego tomu serii o Forście, drugi bardzo przypadł mi do gustu.
    Powtarzającym się elementem wszystkich książek, które doczytałam do końca, było szokujące zakończenie. Które za piątym razem już nie zaskakuje, bo staje się charakterystyczne dla autora. Jeśli o mnie chodzi, to nie czuję potrzeby dalszego poznawania jego książek. Może za jakiś czas to się zmieni.
    Jeśli mogę, to chciałabym polecić bardzo dobrego polskiego pisarza, jakim jest Zygmunt Miłoszewski. Przeczytałam jego trylogię o prokuratorze Szackim i odbudowałam wiarę w polskich autorów. 😉

    • Miłoszewski jest na mojej liście. 🙂
      Co to zakończeń, mnie nie szokowały, wywoływały raczej zażenowanie.

  • Ja chyb zwyczajnie nie lubię tego jak pisze… do końca.

  • Stanę w obronie Pana Mroza, ale tylko trochę:) Przyznaje się czytałem tylko Enklawę, ale nazwisko Mróz kojarzę z półek z empiku. Nie jestem wielkim fanem kryminałów, skusił mnie program w TVN jak to Mróz wychodzi z cienia i oznajmia że na drugie imię ma Ove. Mam dziwne hobby bo sprawdzam wyniki farerskiej ligi piłki nożnej i kibicuje reprezentacji narodowej i to jest drugi powód do przeczytania książki.
    Tak jak Ty nie wierzę w czyste intencje pisania pod pseudonimem. Myślę że to był czysty chwyt marketingowy. Napisał trzy tomy na raz i miał się ujawnić przez premierą trzeciej. Nawet jak ludzie nie chwycą pierwszych dwóch pod pseudonimem to później i tak kupią bo to w końcu Mróz i im taki numer wywiną 🙂
    Pewnie masz książkę Nesbo i Løgmansbø. To teraz zwróć uwagę kto wydał książkę i kto jest autorem okładki. Te same wydawnictwo i ten sam autor okładki. Zagadka została rozwiązana dlaczego są tak bardzo podobne. Mogło to wyglądać tak – Wydawnictwo dostaje książkę nieznanego, debiutującego autora, polaka mieszkającego na Wyspach Owczych. Podpisują umową na dystrybucję bo jak na debiutanta jest spoko, zalatuje trochę Nesbo, nawet nazwisko ma podobne,ale spoko. Sprzeda się jak nic! Skoro Nesbo tak dobrze się sprzedaje to poprosimy grafika żeby zrobił podobną okładkę i pojedziemy na skojarzeniach kupujących. Genialne w swej prostocie 🙂
    Sprawdź sobie jak wyglądają okładki wydań brytyjskich lub francuskich książek Nesbo, zupełnie inna bajka

    • Wiem o tym, że podobieństwo okładek wynika z tego, że Mroza wydało to samo wydawnictwo co Nesbo i że mnóstwo książek innych autorów ma takie okładki, bo stworzona została cała seria kryminałów. Teoretycznie (tak twierdzi Mróz) wysłał swoje teksty jako Løgmansbø do kilku wydawnictw i tylko to zdecydowało się go wydać. Jak było w praktyce, nie dowiemy się pewnie nigdy. Równie dobrze mógł zgłosić się do jednego tylko wydawnictwa jako Remigiusz Mróz i powiedzieć, że chce wydać książki pod pseudonimem. Wątpię, żeby wydawnictwo nie poszło na taki układ, w końcu to dobry chwyt marketingowy, gwarantowana duża sprzedaż – nawet jeśli dopiero w momencie ujawnienia prawdziwego nazwiska autora.

  • Czytałam tylko „Kasację” i na tym poprzestanę… na długo, bo nie mówię, że nigdy nie wrócę do książek Mroza. Trudno oceniać po jednej. Ale ta akurat nie podobała mi się. Nie wciągnęła mnie. Nie poczułam więzi z głównymi bohaterami. Chyba nie zostanę fanką pana Mroza…

  • Bardzo ciekawe spojrzenie. Ja przeczytałam póki co dwie książki Mroza: „Wotum nieufności” (które bardzo mi się podobało, pomimo dłużyzn) i „Czarną Madonnę” (ciekawą, trochę straszną, ale bolało mnie nijakie zakończenie i właściwie dosyć puści bohaterowie). Spróbowałam też serii z Chyłką, ale odpadłam po kilku stronach – główna bohaterka jest, przepraszam za wyrażenie, tak wkur…opatwiająca, że nie dałam rady. Może kiedyś zrobię drugie podejście, zobaczymy. Póki co mam do tego autora stosunek raczej pozytywny – nie stawiam mu ołtarzyków, ale też nie wyrzucam jego książek do kosza. Chyba potrzebuję większej ilości przeczytanych książek, by wyrobić sobie opinię. 🙂 Przyznaję jednak, że ilość wydawanych przez pana Remigiusza książek trochę mnie przeraża. Widzę dwa rozwiązania – albo miał szkice tech wszystkich powieści gdzieś w szufladzie i teraz tylko dopieszcza, albo naprawdę ma ghostwriterów, jak to mówią plotki. No, chyba że stworzył sobie jakiś algorytm pracy i w kolejnych książkach zmienia tylko imiona bohaterów i scenografię. 😀

    Odnosząc się do Twojego posta, chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedną rzecz. Stwierdzasz, że pseudonim Mroza brzmi podobnie do nazwiska Nesbo i to nie ulega wątpliwości. Ale z zarzutem o podobieństwo okładek nie mogę się zgodzić. To znaczy owszem, są podobne, ale to chyba nie jest wina autora. Zdaje się, że decyzja o tym, jak ma wyglądać okładka należy do wydawcy, więc prawdopodobnie to właśnie jakiś błyskotliwy grafik/dyrektor działu kreatywnego/ktokolwiek wpadł na pomysł „hej, skoro nazwisko jest podobne, to zróbmy też podobne okładki! Jak się ktoś połapie, to zawsze coś powiemy, a jak nie, to sprzedaż będzie większa”. Możliwe, że pan Mróz nie miał nawet wglądu w to, jak będą oprawione jego powieści. 🙂

  • Zaczytania

    Przeglądam Twojego bloga i widzę, że czytamy podobne książki i mamy podobne zdanie na temat twórczości Mroza ;). Jest to mój 3 wpis dzisiaj u Ciebie, ale miło jak znajdujesz kogoś o podobnych gustach :). Z Mroza czytałam właśnie serię o Chyłce. A właściwie tylko pierwszą książkę. Zachwyt nad tymi książkami jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. Postaci są płytkie, akcja jakaś niedopracowana. Mróz to dla mnie taka Barbara Kurdej-Szatan polskiej literatury. Otwierasz lodówkę a tam oni 😉

    http://www.czytanie-na-sniadanie.blogspot.com